Lek na śmierć

Ludzie marzą o tym, by mieć coraz więcej i więcej. Gdy się już osiągnie jakiś status społeczny, pojawia się pragnienie, by wspiąć się jeszcze wyżej. Ale czy zastanawialiście się kiedyś, o czym może marzyć ktoś, kto ma już wszystko? Podobno apetyt rośnie w miarę jedzenia. Żyjemy jednak w rzeczywistości skończonej. Jesteśmy ograniczeni zarówno przestrzenią, czasem jak i tempem rozwoju. Możliwości absorbowania kolejnych obszarów przy dzisiejszej technologii już dawno się wyczerpały. Bogactwa zostały podzielone i nie chodzi o to by zdobyć więcej, lecz by zyskać na czasie. Oto kolejny cel jaki został wyznaczony ludzkości. Gdy już podporządkowano sobie całe społeczności, te musiały pracować by ich władcy żyli na tyle długo, by się swoją władzą nacieszyć. W tajemnicy przed resztą ludzkości, najbogatsi zaczęli badania nad lekiem na śmiertelność. Posiadając nieograniczoną fantazję i zdając sobie sprawę z ograniczonych środków jakimi dysponuje planeta, gdzieś tam, na górze postanowiono aby wszyscy pracowali na realizację tego marzenia dla nielicznych. Jeśli kiedyś zastanawiałeś się dlaczego, mimo coraz większej liczby nadgodzin, zarabiasz wciąż tyle samo – teraz już nie musisz. Inflacja? To nowe imię Baby Jagi. Historia wymyślona po to, by straszyć duże dzieci. Jeśli kiedyś zastanawiało Cię, czemu ekonomią zajmują się ekonomiści, a nie matematycy – odpowiedź jest oczywista. Tu rachunek nie miał się zgadzać. Cała nadwyżka, ukryta nad stronami znaku „równa się”, szła na to, by jakiś Roadshield został wampirem. Układ wydawał się nie do obalenia aż do momentu, gdy jakiś księgowy policzył, że wbrew zapewnieniom, dla niego serum wieczności zabraknie. Powiedział o tym jakiemuś hakerowi, a ten przekazał dziennikarzowi. Chętnych i wtajemniczonych było więcej niż objętych programem kwarantanny. Najpierw wybuchły zamieszki. Ludzie przestali chodzić do pracy, akty terroru stały się normą. Zamieszki przekształciły się w wojnę domową, która po wybuchu kilku elektrowni atomowych stała się wojną totalną. Wojna nigdy się nie zmienia. Wojna zmienia naturę ludzką. Użyto wszelkich możliwych środków. Dziś ciężko jest już stwierdzić czy lek w ogóle został wyprodukowany. Jednak pomimo wszystkich tych nieszczęść, w ludziach cały czas tli się nadzieja, że gdzieś tam leży nietknięta skrzynia pełna tabletek, strzykawek czy innych środków chemicznych mających zapewnić człowiekowi życie wieczne.

Reklamy

Plastikowy Ragnarok

Jak podają celebryci pokroju Krystyny Jandy, żeby się nie wzbogacić w latach 90 trzeba było być kretynem i nieudacznikiem. Takie właśnie było 90% naszego społeczeństwa. Spocone, uczciwe, wąsate, bez koneksji. Fuj! Moja rodzina na domiar złego była wielodzietna, nic więc dziwnego że krucho u nas było z kasą. Przez całe tygodnie ja i moje rodzeństwo żywiliśmy się jedynie naskórkiem z wewnętrznej części policzków. Najmłodszym rodzice oddawali swoją porcję. Mój mały brat żeby mieć na cukierki usiłował kiedyś sprzedawać swoje skarpety i co najgorsze nie mieliśmy komputera.
W szkole wszystkie chłopaki rozmawiały o grach. Doom, Duke Nukem, Quake, to było coś. Żeby nie pozostać w tyle zakumplowałem się nawet z takim upośledzonym chłopakiem z osiedla. Nie miał nóg, ale za to miał Pegazusa! Kolekcjonowałem też czasopisma o grach. Zazwyczaj udawało się odłożyć 2 zł na dwa tygodnie, na dwutygodnik. Kiedy więc koledzy w klasie strzelali z myszki i klawiatury, ja wertowałem te gazetki. Było w nich pełno grafik z bohaterami poszczególnych tytułów, mogłem więc toczyć podobne boje co znajomi, tyle że na sucho, w głowie.
Trochę się na tym zawiesiłem. Siedziałem całe dnie w pokoju i zastanawiałem się czy ork z Warcrafta wygra z orkiem z Hirołsów. Zawalałem przez to szkołę i stałem się strasznym mrukiem. Rodzice mieli dość i zmusili mnie bym całą kolekcję wywalił do śmieci. Zanim jednak to zrobiłem, przepisałem imiona najważniejszych bohaterów do zeszytu od matmy. Takiego w kratkę. Z czasem do tej listy zacząłem dopisywać kolejne nazwiska: z filmów, komiksów, książek i kolejnych gier. Lista urosła do tysiąca pięciuset pozycji. Żeby objąć cały ten burdel musiałem podzielić ich na grupy po 10 w drużynie i kazałem ze sobą walczyć. Żeby zabawa była uczciwa, musiałem jednak zadbać o równowagę w poszczególnych drużynach. Zawsze miałem problem z Supermanem. Nie da się wybrać 150 gości o sile zbliżonej do Człowieka ze Stali, musiałem więc całość balansować resztą teamu. Poza tym zawsze dorzucałem mu Lois Lane do składu, tak żeby musiał się o nią troszczyć. Ale wtedy z kolei na prowadzenie wysuwał się Generał Zod, Brainiac czy inny Thanos. Trzeba wyło wszystko odpowiednio zbalansować. Z wojownika stałem się jakimś, kurwa, księgowym.
Piszę o tym wszystkim tylko po to, by uzasadnić swoje kompetencje jeśli chodzi o ratowanie Planety. Potrafię doskonale ocenić zagrożenie i środki niezbędne do jej ocalenia. Wiem, jak przeciwdziałać inwazji Świniaków z Duke Nukem, zbliżającej się asteroidzie i diabolicznemu planowi Jockera. Potrafię również z łatwością stwierdzić, że histeria związana z ociepleniem klimatu, obecnością plastiku czy dziurą ozonową jest przesadzona. Panika jest zbyt powszechna i za bardzo ukierunkowana na nieskuteczne działania. Oglądaliście „Czarnobyl”? O wybuchu zrobiło się głośno dopiero jak już nastąpił. Ludzkość nie miała 30 lat na reakcję. Ale ludzkość dała sobie z tym radę. Siłę wybuchu zrównoważyła potęga Ruskiego Sojuza.
W przypadku ratowania planety, takiej równowagi nie ma. Unia Europejska organizuje wielkie wiece na rzecz ekologii, za co dostaje zjeby od aktywistów, że za małe. Wprowadza się coraz to nowe prawa, segregacje, zbiórki, dzieci płaczą, parady maszerują, ale to wciąż za mało. Od kiedy napisałem pierwszy tekst w którym pada zwrot ekologia, mam tym gównem zafajdanego całego Facebooka. Po prawej stronie zdjęcie misia polarnego na lodzie, po lewej murzyna w Afryce. Podpis – obie te fotografie przedstawiają to samo miejsce, tego samego niedźwiedzia, ale dzieli je tydzień ocieplania się klimatu. Jakby było tak przejebane jak się nam wmawia, twarzą ekologii byliby Legasow i Szczerbina a nie dziewczynka z Aspergerem. Poza tym, zbyt wielu na tym zarabia, żeby cały ten bełkot brać na poważne.
W związku z powyższym postanowiłem trochę wyrównać szanse. Skoro chcą ratować planetę, nich chociaż mają przed kim. Zostałem zatem złolem. Wrzucam szkło do pojemnika na biodegradowalne. W pracy w skrytości przed szefem, po zjedzeniu pomidora, zawijam ogonek woreczek foliowy i wrzucam do kosza na plastik. Kiepy po papierosach rzucam na ziemię i spłukuję wodę nawet po siku, nie tylko przy kupie.
Jakoś na początku nowego tysiąclecia ekolodzy przekonali ludzi, że plastik jest dobry, że dzięki niemu nie ścina się tylu drzew czy coś. Na torbach z hipermarketu był napis w pierwszej osobie spal mnie a uzyskasz energię potrzebną po napędzenia żarówki na 5 minut. Gdyby ludzie faktycznie słuchali się ekologów i wtedy palili tymi torbami, według obecnych modeli, na Ziemi nie byłoby pewnie dziś życia. Następnego dnia obrońcy środowiska stwierdzili, że jednak plastik jest zły, że zawiedli się na ludzkości, że ta go wyprodukowała i niejako w kontynuacji poprzedniej myśli zaczęli plastik zwalczać. Na szczęście wtedy jeszcze wszyscy mieli ich zdanie w dupie i nikt nie zasilał siatką żarówek przez 5 minut. Osmoza została zachowana, tabelki się zrównoważyły. W międzyczasie jednak na ratowanie Ziemi poszły olbrzymie pieniądze. Nie wykluczam, że na tyle duże, że przez przypadek w końcu nam tą planetę rozpieprzą.

Bezrozumne Bydlę

Siedzę sobie w aucie, bez klimatyzacji w korku. Na dworze 35 stopni ciepła, u mnie pewnie 50. W radio jakiś weterynarz opowiada o chorych zwierzętach. Rzygać się chce.

Na studiach mieliśmy takiego gościa, co to zamiast „Cholera”, mówił „Psia Krew”. I miał rację. To obrzydliwe, obce i słusznie stało się bluzgiem. Ale pan z radia zatracił różnicę między ludźmi a  zwierzętami. Zachęca do oddawania wykastrowanych psów do zwierzęcych dentystów. Bo przecież wszyscy się zgadzamy, że to źle jak zwierzęta cierpią. Słuchające tego bełkotu psie mamki idą i płacą. Do tej pory nie wiedziały że trzeba, więc wychodzi tak z trzy zęby na bydlę, 200 zł od kła, do tego zastrzyk uspakajający 50 zł. A jeszcze jak jeden z drugim właściciel się z czymś spóźni, zaniecha. Mandat 1000 ziko za znęcanie się nad sierściuchem, to się człowiek nauczy, że lepiej płacić weterynarzowi w ratach. I biznes się kręci, chajs się zgadza. Klawe życie ma taki konował, a największą frajdę mu sprawia chyba kastrowanie. Jak audycja przeszła na temat odcinania psom siuraków, pan Bezinteresowny opisując jakie to wspaniałe i dobre, wpadł w taką ekstazę, jakby to jego zabieg miał dotyczyć. Że niby nie trzeba się już męczyć z popędem, że wzrasta przywiązanie, objawia się łagodność. Przysięgam, słyszałem przez eter, jak się w gacie skichał.

Osobiście nawet lubię zwierzęta. Nigdy nie pogardzę schabowym, a jak jest okazja na tatar to wcinam aż mi się uszy trzęsą. Do żywych, bądź niejadalnych stworzeń nie pałam już taką sympatią, ale też nie jestem jakimś sadystom, któremu ich cierpienie sprawiałoby przyjemność. Ostatnio nawet zmuszony byłem zawieść do weterynarza psa moich rodziców. To stare i schorowane bydle, postanowiło wejść na schody, w efekcie czego złamało sobie ogon. Wbrew poradom pana z radia, nie mamy w zwyczaju w domu dokładnego i regularnego  przyglądania się zwierzęcym sferom około erogennym, nikt więc w domu nie zauważył że doszło do wypadku przez kilka dni. Wdało się zakażenie i zwierzak faktycznie wymagał wizyty w lecznicy. Wpieprzenie tej kupy mięsa i kłaków do samochodu było nie lada wyzwaniem, które okupiłem doszczętnie oślinionymi spodniami. Oczywiście w życiu później nie ubrałem ich na dupę. Taka dygresja. Kiedyś kumpela próbowała mnie przekonać, że to spoko że psy liżą sobie tyłki po sraniu, bo mają na języku jakieś bakterie, które odkażają i są do tego przystosowane. Przekonała mnie jedynie do tego, że zwierzęta te mają jeszcze bardziej obrzydliwe jęzory od zadków.

Na dworze padał deszcz, więc w kolejce do weterynarza waliło jak w sraczu dla armii. Jakiś dzieciak podszedł do naszego pupilka, na co moja matka, która była ze mną w tym przybytku, powiedziała mu, żeby nie dotykał, bo śmierdzi. Jak się jedna stara psiara oburzyła, że przecież pachnie pieskiem, to miałem ochotę jej brudnym mopem,  ściekającą z bydlaka wodę zebrać i wyżąć do flakoniku na perfum.S’il vous plaît Madame. Potem musiałem już tylko wysłuchać pierdolenia pielęgniarza o tym, że jak się już zwierze adoptuje, to nie można go tak zaniedbywać, i do domu.

No właśnie, bo moi rodzice psa przygarnęli a nie adoptowali. Adoptować to można dziecko. Wziąć obce i uczynić swoim, usynowić. Jak coś takiego zrobić ze zwierzakiem? Że niby bezrozumne bydle doskoczy do poziomu człowieka? A może to człowiek zejdzie na psy? Jak można dać się tak bezczelnie obrażać? Ja rozumiem, że ktoś może lubić te gadziny, ale przecież można to robić bez upadlania się.

                Ale bajoro wylało jeszcze dalej. Popularne się stało twierdzenie że się woli zwierzęta od ludzi. Otóż, chciałbym zaprosić na wycieczkę do takiej osoby, pod dekiel.

                Znajdujemy się właśnie między półkulami, poruszając się w kierunku płata czołowego. Po lewej widzą państwo że człowiek ten musiał się bardzo zawieść na swoim rodzaju. Mijamy właśnie złamaną miłość, nieszczerą przyjaźń i pretensje do starych. Jak zobaczymy dalej, nieprzyjemne doświadczenia musiał przelać na ogólną nieufność i mizantropię. Po prawej z kolei, zaraz za szyszynką wyłania się silne postanowienie zostania chujem. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Przenosimy się szybko do nerwu wzrokowego, skąd widać innych ludzi, oraz odbicie samych siebie w nich. Jak państwo dostrzegają, jest brzydkie i wykoślawione. Aż się chce wzrok odwrócić. Przekręcamy więc gałkę oczną w dół, tak by wzrok naszego gospodarza spoczął na psa. Czujecie tą bezwarunkową miłość, przywiązanie i wierność?  A informację zwrotną, co do własnej kondycji? Nie? I o to chodzi. 

                Moja przyjaciółka twierdzi, że skoro ludzie się od siebie poodcinali, od zwierząt nauczyć możemy się na nowo współczucia. Jestem co do tego bardzo sceptyczny. Człowiek nie jest w stanie nauczyć się przebaczania od zwierząt, bo zdolność ta jest sprzeczna z instynktem, którym te się kierują.

                Na koniec programu Pan z radia mówi, że dobrych ludzi poznaje się po tym jak traktują zwierzęta. Wychodzi ze studia, mija bezdomnego proszącego o 2 zł. Nie daje, bo żebrzący wyda na wódkę. Lepiej przelać na schronisko dla zwierząt, tu przynajmniej ma pewność że źle nie wykorzystają swojej wolności.

Parada miłości

Przez ostatni miesiąc przez Polskę przechodziły burze i marsze. Front atmosferyczny spotkał się z frontem ideologicznym. Lepiej było zostać w domu.

W poprzednich latach jakoś się jeszcze przemogłem i uczestniczyłem w „Marszu dla życia i rodziny”. Mam dziesięcioro rodzeństwa, więc jakoś tam czułem się w obowiązku. Za każdym razem, jednak, wywoływało to we mnie poczucie zażenowania. Nie dlatego, żebym nie zgadzał się co do istoty tego co było tam mówione, ale ze względu na formę i dobór argumentów. Dodatkowo w imprezie brały udział osoby z którymi niekoniecznie chciałbym być kojarzony. Wywiesili banery swoich partii i organizacji, mówili językiem przed którym się wzbraniam i chcieli mnie w jakiś sposób zagarnąć i policzyć.

Podobnie miewam w odniesieniu do polityki. Przykładowo posłowie pewnej partii mówią o „biało-czerwonej drużynie”, bo boją się użyć słowa Naród. Poza podmianą tego jednego słowa trzymają się jednak martyrologiczno- patetycznego tonu w swych przemówieniach. Powstała w ten sposób mieszanka egzaltacji z infantylnością która, choćby i się nawet zgodzić z przekazywaną treścią, przyprawiać musi o zgrzyt zębów.

Opisany dysonans jest oczywiście skutkiem postawy obronnej, wycofania się tak bardzo, że gotów jest się nawet zrezygnować z pojęć, na rzecz obrony ich definicji. Taka postawa może być skuteczna tylko wtedy, gdy odwrót ma na celu przegrupowanie sił. Konserwatyzm ma jednak to do siebie, że jest ze swej natury niezdolny do przeprowadzenia kontrataku, dlatego że jakikolwiek krok wprzód jest jego aberracją.

Świat jednak jest na tyle pojebany, że zawsze postępowiec będzie twierdził, że jest atakowany przez konserwatystę. Tym głośniej, im bardziej ten drugi jest w odwodzie. Nie rozstrzygam w tym miejscu, który z nich ma rację. Ta jest niezależna od tego w jaki sposób obaj się pozycjonują. Załóżmy jednak na chwilę, że jest na odwrót. Załóżmy, że to dzisiejsi postępowcy muszą się bronić. Odsłońmy żebra idei. Sprawdźmy, czy równość nie jest tylko plandeką z tłuszczu, która zniknie gdy nadejdą chude lata. Słowem, zabierzmy im wspólnego wroga i dajmy żreć się między sobą. W trakcie marszu.

Narodowcy uciekli po tym jak zostali obrzuceni jajkami. Triumfowali wszyscy, oprócz wegan. Ci w odwecie potraktowali jajomiotów własnymi ekskrementami. Zaistniała sytuacja bardzo pobudziła niewielką grupkę kaprofili, którzy jęli się tulić do zdezorientowanych ofiar ataku. Któraś z feministek wrzeszczała, że to szowinistyczny maskulinizm i molestowanie, co z kolei obraziło brodaczy identyfikujących się jako kobiety. Posłowie SLD próbowali ratować sytuację, skandując, że trzeba się zjednoczyć, bo tylko razem jesteśmy silni. Okrzyk ten obraził członków partii RAZEM, którzy chcieli od dawna odciąć się od postkomuny. W tym celu rzucili się z pięściami na co starszych uczestników manifestacji. Dziady zebrał się wokół sztandaru KOD-u, gdzie wykorzystując doświadczenie z ZOMO utworzyli zwarty szyk obronny. Walka przypominałaby starcie legionów rzymskich z barbarzyńcami, gdyby ci pierwsi cierpieli na skoliozę i zwyrodnienie stawów. Ranni zaczęli wzywać Odyna i Krisznę, co obraziło wojujących ateistów, którzy wzięli się za dobijanie leżących. Zwolennicy federacji europejskiej starli się z Antifą. Użyto gazu łzawiącego i pałek z plastiku, co wkurwiło przeciwników globalnego ocieplenia. Miarka się przebrała, gdy jakiś kosmopolita wrzucił aborterkę do kosza na tworzywo sztuczne, zamiast do pojemnika na biodegradowalne. Ekolodzy napisali więc donosy do Amnesty International i WWF. Ci pierwsi byli jednak zajęci walką o prawa muzułmanów z filosemitami a ci drudzy akurat tłukli się z zoofitami.

Na koniec przeszła burza i przegnała wszystkich do domów. Paradnie.

Abraham i Adolf

Lubię filmy o podróżach w czasie. Takie tytuły jak „Powrót do przyszłości” „Terminator”, „Avengers: Koniec Gry” czy „Armia Ciemności” każą się jednak zastanowić, czemu do jasnej cholery nie spotykamy na co dzień podróżników w czasie. Wszak Albert Einstein udowodnił przecież, że jest to możliwe, a Albert Einstein z plakatu Andy’ego Warhola udowodnił, że jest to możliwe i fajne. Otóż, rozgryzłem to.

Podejście naukowe wymaga jednak ode mnie powołania się na odpowiednie źródła. Poza wymienionymi powyżej filmami oglądałem zatem również: „Dzień Świstaka”, „Na skraju jutra”, „X-men: Przeszłość która nadejdzie”, „Rekinado: Ząb czasu”, „Dragon Balla”, „Star Treka”, serial „Sliders” i wiele innych. Jak zatem łatwo stwierdzić, posiadam rozległą wiedzę z zakresu teorii strun, światów możliwych, pętli i paradoksów czasowych jak również z fizyki kwantowej oraz tych malutkich cząsteczek, co to ich nawet pod mikroskopem nie widać. Bizonów.

Bazując na powyższym, stwierdzić mogę z całą pewnością, kładąc na szali cały mój autorytet w tej dziedzinie, że dojść musiało do wojny na skalę dotąd niespotykaną. W wyniku podróży w czasie, wytrącać się zaczęły światy możliwe, a celem rywalizacji stało się zamykanie ich w pętlach i paradoksach. Jak krawcowa- ściegiem w pętelkę. Kolejne wersje rzeczywistości wpierw rodziły się do życia, tylko po to, by za chwilę unicestwione wrócić do strefy teorii. Sztab wojenny przypominać zaczął tajwańską fabrykę Levis’a. Zabawa ta rozciągnięta niemal w nieskończoność, równocześnie skurczyła się do jednego momentu w historii. A nawet mniej niż momentu. Do cienia.

Dla potrzeb niniejszego tekstu oraz zważywszy na względność natury omawianego problemu, pozwolić sobie mogę na rozciągnięcie owego mgnienia do ostatniej sceny, w wyniku której wykształcił się jedyny realny, znany nam porządek rzeczy.

Historia ta miała miejsce w Kaliszu, chwilę przed otwarciem pierwszego i jedynego w mieście banku spermy. Za zamkniętymi drzwiami owego niedziałającego jeszcze przybytku doszło do spotkania zaprawionego w bojach przywódcy jednego ze stronnictw całej wojny– Adolfa Hitlera, z całkowicie zdezorientowanym Abrahamem, świeżo po spłodzeniu Izmaela z niewolnicą Hagar.

Celem owego zdarzenia było, w założeniu dawnego przywódcy III Rzeszy, niedopuszczenie do powstania państwa Izrael, poprzez podkopanie wiary w obietnicę, jaką Abraham dostał od Boga, a mianowicie, że będzie on ojcem narodu licznego jak ziarnka piasku nad brzegiem morza. Miejsce spotkania również nie było przypadkowe, a Hitler przybył tam uzbrojony w prezentacje w Power Point’cie, z której jasno i przejrzyście wynikało w jaki sposób działa zapłodnienie In vitro, oraz że wystarczy jedynie fiolka nasienia, by wszelkie nadzieje patriarchy zostały spełnione.

Patrząc na historię jaką znamy, wywnioskować można, że ten, którego nazywają Ojcem Wiary, nie zaufał rozmówcy. Powodów takiego stanu rzeczy może być kilka. Po pierwsze, doświadczenie z Hagar uwydatniło w umyśle Abrahama rolę Sary w jego życiu, ergo niespecjalnie był zainteresowany tworzeniem setek tysięcy Izmaelów. Po drugie, Hitler przecenił naiwność swego oponenta, oraz niesłusznie założył, że z bezwarunkowego zawierzenia Bogu wynikać musi łatwowierność w stosunku do intencji ludzkich. Na koniec wreszcie doświadczenie Abrahama doprowadziło go do punktu, w którym już nie tylko same pierwotne oczekiwania jakie miał względem Boga były dla niego najważniejsze, a relacja jaka się między nim a tym Bogiem narodziła. W związku z tym prosty pastuch wyśmiał podstępnego światowca, czy raczej wielkoświatowca, czym ostatecznie zakończył i unicestwił całą wojnę. Dlatego też nie spotykamy dziś podróżników w czasie.

Tak było.

Społecznik– mizantrop

Droga była pusta i prosta. To znaczy, mijałem jakieś samochody lewym pasem, ale zasadniczo nic mnie nie spowolniało. Do czasu. Przy ograniczeniu prędkości do 40 km na godzinę spokojnie dawałoby się poruszać 80. Gdyby na lewym pasie przepisowo nie wlókł się akurat czarny Opel. Spróbowałem minąć go z prawej. Dał gazu, aż nie zrównał się z innym użytkownikiem mojego pasa. I tak bite pięć minut. Wreszcie zjechał w odjazd dla skręcających. Gdy staliśmy obok siebie na światłach, przysięgam, zauważyłem, że miał wytatuowane na przedramieniu: „Przynależność do społeczności, która narzuca swoje prawa nieprzystosowanym, przedłuża mi chuja”. Postanowiłem jechać za nim.

W życiu nie widziałem tak radosnego człowieka. Ptaki ćwierkały mu nad głową, wiewiórki tańczyły mu przy nodze, a na niebie wznosiła się tęcza. A pośrodku tego- On– z kajetem, miarą i aparatem fotograficznym jak surrealistyczny Bambi. Strzelał fotki źle zaparkowanym samochodom, srającym psom i nie sprzątającym po nich właścicielom, mierzył odległości między stopniami schodów i sprawdzał częstotliwość rozmieszczenia latarni ulicznych. Następnie składał donosy, na policję, do straży miejskiej, sanepidu i dozoru technicznego. Wszystko opisane, obfotografowane i udokumentowane.

Gdzieś w południe wszedłem za nim do restauracji. Grzecznie poprosił menu. Zamówił żurek i stek, zdjął z ręki zegarek. Chciałem coś zrobić, krzyknąć ”Uwaga!”, wzniecić alarm pożarowy, wylać na niego zupę, cokolwiek. Zamiast tego patrzałem jak zahipnotyzowany. Zupa przyszła po pięciu minutach i dwudziestu sekundach. Całkiem nieźle, lecz nie dość dobrze. Stek – 22 minuty. Nie do obrony. Grzecznie podziękował za posiłek, nawet zostawił napiwek. Po czym wezwał kierownika. Kelnerka straciła pracę, dostał darmowy deser. Wtedy się do niego dosiadłem.

-Bo ja, proszę Pana, kiedyś nawet byłem idealistą – powiedział. Idealistą – komunistą. Chciałem dobrze dla ludzi, ale Ci jakoś nie potrafili tego przyjąć. Wszystko się rozbija o czynnik ludzki. Wszystko. Nawet komunę obalili. A czegośmy tak naprawdę chcieli? Sprawiedliwości, proszę Pana. Więc albo ludzie, albo sprawiedliwość. I tak zostałem mizantropem w służbie ludzkości. Społecznym mizantropem. Dzisiejszy system stworzył mi doskonałe narzędzia. W zasadzie od pięciu lat pozostaję bezrobotny, utrzymując się jedynie z pozwów sądowych, odszkodowań i rekompensat. Ludzi nauczono, żeby egzekwowali swoje prawa, że im się należy. Że mogą dochodzić swojego. Piękny system, powiedziałbym antyludzki. To zawsze jest zbawienne dla systemu. Tylko że proszę Pana, ja już nie wierzę w komunizm, bo żeby weń wierzyć, to trzeba jednak jakoś tych ludzi poważać. A ja się z tego wyleczyłem. Na dobre.

Przestałem go słuchać. Naplułem chujowi do kawy i wyszedłem. Czekam na proces.

Gra o tampon

Tekst zawiera informacje dotyczące fabuły z „Gry o tron”, Kapitan Marvel”, „Czarnej Pantery” „Avengers” i innych. Czytasz na własną odpowiedzialność

Coś poszło nie tak z popkulturą, od kiedy jakiś palant zauważył że można ją wykorzystać do wojny światopoglądowej. Prawdopodobnie również z kulturą wysoką, ale tej od dawna nie kumam. Zaczęło się całkiem niewinnie. Ktoś zarzucił komuś że jest nie obiektywny i narzuca komuś swoje spojrzenie na świat. Naiwnie ten drugi zachował się rzetelnie, dopuścił tego pierwszego do głosu. I teraz cokolwiek obaj by nie powiedzieli, zawsze jako nieobiektywny będzie występował ten, który się przyznał do błędu. Taki jest ogólnie problem z konserwatyzmem. Zawsze będzie w odwodzie. I chuj mu w dupie, sam się ustawił na pozycji obronnej, chciałoby się powiedzieć. Przestał się rozwijać, zrobił miejsce innym. Pytanie czy brak autorefleksji jest motorem rozwoju pozostawiam otwarte.

Problem z popkulturą jest jednak taki, że w wyniku nacisków ideologicznych zaczęły powstawać filmy słabe. Choć pewnie żaden z miłośników egzaltowanych wysrywów Bergmana czy kina skandynawskiego się ze mną nie zgodzi, ale filmy strzelano-kopane mogą być dobre lub złe. I żeby zrobić porządny film tego typu, trzeba uszanować wewnętrzne reguły gatunku, albo umiejętnie je łamać. Przykładowo, kino superbohaterskie ostatnimi czasy złamało dwie podstawowe zasady, co jak sądzę w niedalekiej przyszłości przyczyni się do znacznego spadku popularności imperium Marvela. W chwili obecnej, gdy w kinach akurat triumfuje największy hit studia, zdanie to może zakrawać na herezję, ale oparty jest on głównie o starych bohaterów, którzy powoli są zastępowani tymi bardziej pasującymi do obecnych czasów .

Pierwszą zasadą jest to, aby nie stać się nieświadomie karykaturą samej siebie. Czym innym jest zarysowanie świata, w którym bogowie latają na młotach albo spod ziemi wychodzą wielkie larwy jedzące samochody, a czym innym już po jego nakreśleniu łamanie wewnętrznych reguł nim rządzących. Przykładem na to jest oskarowa „Czarna Pantera”. Film tak nieznośny w swoim promowaniu cywilizacji plemienno-afrykańskiej, że wyszedł z niego całkiem zabawny paszkwil. Punkt wyjścia nawet miało ciekawy – wybudować w środku Afryki najbardziej rozwiniętą technologicznie cywilizację na świecie. Sprawić by to murzyni musieli mierzyć się z problemem pomocy krajom trzeciego świata jak USA czy Chiny. Problemem były niuanse. Jak zrobić coś takiego i nie nadziać się na zarzut o rasizm? Przedstawienie mieszkańców Afryki w takim samym świetle jak się przedstawia białych w podobnym kontekście, nie wchodziło w rachubę. Zamiast więc zrobić film o tym że kolor skóry nie ma znaczenia, pokazano że ma i że czarny jednak jest jakiś taki szlachetniejszy. Ponadto postanowiono zachować dokonania tejże cywilizacji i rozwinąć je z epoki brązu/żelaza do futuryzmu. Łopatą. Mamy więc tu strzelające dzidy i żołnierzy w kuloodpornych sukienkach z trawy. Trochę jakby w europie dziś budowano pistolety w kształcie mieczy, albo stalowe mundury. Gdy więc dochodzi do wymiany ognia, jedna z bohaterek mówi gdy do niej strzelają: Karabin? Barbarzyństwo!! I wyjmuje dzidę. Poszedłbym dalej. Wodociągi? Średniowiecze!! U nas supernowoczesne dzieci noszą baniaki na wodę na głowach 10 kilometrów w jedną stronę!

Kolejną zasadą filmu sensacyjnego, jest to że bohater musi mieć trudno. Wydawać by się to mogło dość oczywiste, ale nie dla feminizmu. Tworząc zatem Kapitan Marvel, nie można było sobie pozwolić na to, by bohaterka musiała sobie na coś zapracować, jako że wszystko jej się należy z racji bycia kobietą. Mamy więc panią lotnik, której szowiniści nie dają latać. W chwili zagrożenia kradnie jednak samolot i oczywiście od razu go rozbija. Ale zyskuje przy tym takie moce że jest najsilniejsza na świecie, więc bez problemu wszystkich zabija. Na końcu trafia na głównego złola, który proponuje jej żeby walczyła bez swoich mocy, ale ta odrzuca szowinistyczny dyktat i jego też zabija. I koniec. Ktoś mógłby powiedzieć, że to samo zrobił Indiana Jones i wtedy było zabawnie. Tylko raz, że nie mierzył się akurat z głównym przeciwnikiem a którymś z pośrednich, a dwa że poza tą sceną film był pełen dobrze budowanego napięcia. I nakręcili to tak, że nikt się nie spodziewał że wyjmie pistolet, podczas gdy pani Kapitan właśnie swoimi mocami rozpieprzyła pół kosmosu.

Dużo ciekawiej do tematu silnych kobiet podeszli twórcy Gry o tron. Tutaj nikt się z nimi nie pieści. Pomimo różnej pozycji w hierarchii społecznej, stają w szranki z mężczyznami o władzę. Wykazują się wielką chytrością i stanowią prawdziwy wzorzec dla wszystkich kobiet walczących o awans w korporacjach telekomunikacyjnych i zarządach mleczarni. Są gotowe do poświęceń i wykazują się często nawet większą determinacją niż ich samczy odpowiednicy. Zaznaczona jest przy tym różnica w spojrzeniu na świat przez silnych mężczyzn i silne kobiety. Tam gdzie faceci widzą grę, sport i zabawę, one mają ideały. Ambicja mężczyzn kończy się na przegranym pojedynku. Pokonani uznają wyższość przeciwnika i przystępują do pertraktacji. Wojna to dla nich dziecinada. Pomachają trochę mieczykami, pomachają trochę fiutami i tyle. To kobiety będą gwałcone i to na ich oczach zabija się dzieci. Traktują wojnę z należytą powagą, a wrogów wybijają do nogi, tak żeby stłamszona potęga nie mogła się nigdy odrodzić. W efekcie jedna z nich spala wrogów w kościele, a druga puszcza z dymem całą stolicę. A już byłem bliski poparcia parytetów.

Efektem promowania postaw określonych światopoglądowych w kinie jest również powstawanie coraz nudniejszych bohaterów filmowych. Ich osobowość sprowadza się bowiem tylko do prezentowania postaw ideologicznych. Nic więc dziwnego że taka Kapitan Marvel choćby nie wiem jak niesamowitymi mocami ją obdarzono, nigdy nie doskoczy do Ellen Ripley z „Obcego” czy Panny Młodej z „Kill Bill’a” a Czarna pantera może wiązać sznurówki Shaftowi czy Rogerowi Murtaugh’owi z „Zabójeczej Broni”.