Proszę Pani…

Nie lubię ludzi walczących o swoje prawa. Tak po prostu. Jak jeszcze chodziłem do szkoły, szybko okazało się, że część dzieciaków zwyczajnie lubi podpierdalać resztę. Być może to wynika z charakteru, być może z wychowania. Faktem jest jednak, że część uczniów prędzej odgryzła by sobie język, niż poszła na skargę do pani, a część nie okazuje oznak wahania. Nauczyciele bardzo szybko wyłapują takich uczniów i ich faworyzują. Przy ewentualnym konflikcie kapuś zawsze wygrywa.

Za moich czasów szkolnych mogliśmy się jeszcze jako tako bronić. Skarżypyta dostawał w czambo, nam obniżano zachowanie, wszyscy byli kontenci. Było świeżo po upadku komuny, więc ludzie jeszcze nie do końca ufali władzy. Identyfikowali się bardziej stosunkiem do PRL-u niż statusem społecznym, jako że i tak wszyscy byli biedakami. Skarżypyta miał śliwę pod okiem a łobuz uwagę. Obie postawy były równorzędne. I nagle okazało się że podpierdalanie jest cholernie opłacalne.

W teorii im więcej kapitalizmu, tym mniej regulacji. W praktyce, im człowiek bardziej wpływowy, tym bardziej skory do używania swoich wpływów. Pojawiają się zatem przepisy, mające utrwalić stan posiadania. I tak rodzice kapusiów zatroszczyli się o bezpieczeństwo swoich pociech. Wzrosło zaufanie do władzy, liczba donosicieli się powiększyła, pojawiły się nowe przepisy, większe kary za ich nieprzestrzeganie i większe nagrody za podpierdalanie. Na polski rynek wprowadzono zagraniczne korporacje, które posiadają swoje procedury. Większość z nich to gloryfikacja donosicielstwa. Witajcie w 2019 roku. Każda firma ma gotowe protokoły kablowania na pracowników, w Internecie można na wszystko złożyć anonimowy donos, pojawiają się instytucje zbierające skargi i podejmujące na ich podstawie kroki prawne. Konfident stał się wzorcem obywatela.  

Nie lubię ludzi walczących o swoje prawa, dlatego że zawsze ich wiążę ze skarżypytami. Czym innym jest bunt przeciw niesprawiedliwej władzy, dbającej tylko o siebie, mającej resztę obywateli w dupie? Jednak jeśli jakaś grupa społeczna domaga się czegoś tylko dla siebie, wywołuje to we mnie niechęć do nich. Niezależnie czy mowa tu o nauczycielach, pederastach czy górnikach. Zawsze będzie tak, że ilość dostępnych dóbr jest mniejsza od oczekiwań ludzi. Nie sposób jest zadośćuczynić wszystkim roszczeniom. Walka o swoje prawa zawsze będzie równoczesną walką o zmniejszenie praw innych. Przychylna narracja świadczy tylko o wpływach jakie dana grupa posiada. Idąc tym tokiem dochodzimy do wniosku, że najgłośniej protestujący są albo marionetką w rękach kogoś, komu wygodnie jest się nimi posłużyć, albo grupą na tyle silną że ciężko jest ją określić mianem najbardziej potrzebującej.

Mój pradziadek – żołnierz AK, Zaporczyk, był jednym z tak zwanych Żołnierzy Wyklętych. Komuchy tak ładnie go udupiły, że nie mógł znaleźć zatrudnienia inaczej niż na czarno, zabrali mu gospodarstwo i przez wiele lat musiał ukrywać się pod nazwiskiem pierwszego męża mojej prababki. Moi rodzice mają 11 dzieci. Ojciec nigdy jednak nie korzystał z pomocy społecznej, bo nie chciał mieć na głowie urzędasów, mówiących mu jak ma wychowywać dzieci i robiących kontrole. Pewnie przez wychowanie, mam duży szacunek do ludzi, którzy spiłowali sobie zęby od zaciskania. Z tego samego powodu nie wzruszają mnie ludzie płaczący do kamer telewizyjnych. Nie popieram strajku nauczycieli, bo jako grupę zawodową, uważam ich za sfrustrowane płaksy, wychowujące ludzi na kapusiów. Przyznaję, dość przykre uogólnienie, którego wolałbym uniknąć. Ale nie mogę – karta nauczyciela zabrania mi oceniać indywidualnie.

Społeczną zmianę podejścia do kapusiów i kapowania doskonale obrazuje zmiana pokoleniowa wśród posłów i europosłów opozycji. Doni ( skrót od Donos) Dychał kapował komunistom, bo im wierzył i się ich bał. Naskarżył na innego posła mediom, gdy ten go spoliczkował, bo go bolało. Wraz z Dużą Dunn kablują Niemcom, bo szanują i podziwiają Niemców. Przedstawiciel młodego pokolenia Doris Dupka jest z kolei konfidentem z zamiłowania. Nie ma w tym żadnej idei, potrzeby ekonomicznej czy etycznej. Czyste hobby. Podobno marzy o tym, by zostać premierem. Przemianowałby walutę na kartki za podpierdalanie. Żeby przykładowo kupić chleb, musiałbyś dać negatywną opinię restauracji w Internecie, ale już na samochód potrzebowałbyś przekazać do ZUSu informację, że sąsiad uchyla się od podatków, tak żeby wsadzić chama za kratki na 3 lata.

Reklamy

Iron Nipple

Komiksy o superbohaterach sprawiły, że bycie mutantem ludziom wydaje się czymś ekstra. Naoglądali się bajek o gościach potrafiących latać, albo wydzielających tak silne feromony, że nikt nie jest w stanie się im oprzeć. Też chciałbym takie wydzielać. Ewolucja polega jednak zupełnie na czymś innym. Geny odpowiedzialne są za różne cechy. Ludzie dobierają sobie partnerów posiadających te bardziej pożądane. Od czasu do czasu występuje jakaś zmiana, błąd w kodzie genetycznym. 98% tych anomalii jest jednak niepraktyczna. Która laska zgodziłaby się przespać z np. gościem pachnącym zgniłym mięsem? Dobra, znam jednego i nawet on znalazł sobie kobietę. Urodziła się bez zmysłu powonienia. Prawdopodobnie jednak na ich dzieciach linia rodu zostanie przerwana. Choć z drugiej strony pewnie i tak będzie im łatwiej w życiu ode mnie.

                Urodziłem się z czymś co lekarz określił jako zespół sutka niesfornego. Przypadłość ta polega na tym, że mój lewy sutek, w niekontrolowany sposób przemieszcza się po całej powierzchni mojego ciała. Dolegliwość tą odkryto podobno w 1875 w indyjskiej wiosce i jestem nieoficjalnie drugim zaobserwowanym przypadkiem tej choroby. Nieoficjalnie, jako że doktor badający mojego poprzednika zażywał znaczne ilości morfiny, przez co jego diagnozy nie były poważnie traktowane przez ówczesne środowisko medyczne, a chory zmarł wkrótce po postawieniu diagnozy.

                Wielka mi rzecz, mógłby ktoś powiedzieć. To w końcu tylko jeden sutek. Tak też myślała moja matka, kiedy prowadziła mnie na zabieg usunięcia szkodnika. Problem w tym, że w jakiś sposób wykrył on zagrożenie i przez dwa tygodnie ukrywał się w mojej dupie, tak że lekarze nie mogli go wyciąć. A teraz wyobraźcie sobie, że jesteście na randce, patrzycie lasce głęboko w ślepia, gdy nagle przez waszą gałkę oczną majestatycznym ruchem przebiega taki złośliwiec. Albo że podczas rozmowy o pracę nicpoń zatrzymuje się na czole. Gdzie tu profesjonalizm?!

                Przez trzydzieści lat męczyłem się jak pies. Nie miałem przyjaciół ani kobiety. Nawet zwierzęta ode mnie uciekały. Na samą myśl, że następnego dnia będę musiał iść do sklepu po bułki dostawałem zimnych potów. Zacząłem się jąkać i dostałem tików nerwowych. Ludzie zaczęli podejrzewać że mam świerzb, jako że nieustanne migracje mojego nieprzyjaciela wywoływały potworne swędzenie. Wreszcie powiedziałem: „Dosyć, tak dalej żyć nie mogę, pora z tym skończyć. Poszedłem na dach najwyższego budynku w okolicy. Po drodze kupiłem kubeł lodów śmietankowych i małe piwko. Gdy siedziałem na krawędzi dachu, popłakując i opychając się ostatnim posiłkiem, podszedł się do mnie jakiś staruch.  Mówił z wyraźnie niemieckim akcentem, choć ubrany był na styl wschodni. Twierdził że trening w klasztorze Shao Lin oraz joga zapewniły mu nadnaturalnie długie życie. Że poszukiwał kogoś takiego jak ja, obdarzonego niezwykłą mocą i że wytrenuje mnie jak się nią posługiwać. Po godzinie rozmowy dałem się przekonać.

                Może wydawać wam się to głupie bądź naiwne, ale postarajcie się spojrzeć na sprawę z mojej perspektywy. Całe życie czekałem na szanse daną od losu. Dodatkowo starzec był pierwszą osobą, wliczając w to moich rodziców, która mnie naprawdę wysłuchała. Twierdził nie tylko, że nie jestem gorszy od innych, ale nawet że mój defekt może okazać się pięknym wyróżnieniem. Bez sprzeciwu poddałem się morderczemu treningowi wzmacniającemu nie tylko moje ciało, ale przede wszystkim wolę. Musiałem się wyzbyć wszelkich wątpliwości, stać niezachwiany.     

                Na początek zabrał mnie na wycieczkę do Nowego Jorku. Na najbardziej zaludnionej ulicy w mieście, kazał patrzeć ludziom w oczy. Za próbę podrapania się byłem rażony paralizatorem. Gdy już kontakty interpersonalne przestały być dla mnie problemem, nakazał mi kupić sobie psa. Było to pierwsze stworzenie które obdarzyło mnie sympatią. Widać trening już odnosił skutki. Gdy już go przywiązałem do siebie, nakazał mi go zastrzelić. Zrobiłem nie okazując wahania, mimo iż moje serce pękło. Następnym etapem szkolenia było zdominowanie sutka. Nałożenie nań własnej woli tak, aby poruszał się dokładnie tam, gdzie mu nakażę. Pojedynek trwał pół roku, obu nas doprowadzając do skrajnego wycieńczenia. Gdy jednak kurz opadł, to ja byłem górą. Mógłbym w tym momencie po prostu pójść do chirurga na operację usunięcia szkodnika, ale byłem wtedy już innym człowiekiem. Zwyczajne życie już mi nie wystarczyło.

Na koniec szkolenia mój mistrz postanowił oblać mój niesforny sutek wrzącym żelazem. Po raz ostatni stoczyłem wtedy bój ze swym nemezis, zmuszając go do posłusznego poddania się zabiegowi. Po wszystkim straciłem przytomność. Gdy się ocknąłem, zobaczyłem że mój mentor mierzy do mnie z pistoletu. Chciałem coś powiedzieć, ale on po prostu wystrzelił. Rozum odmówił posłuszeństwa, ale instynkt nabyty podczas morderczego treningu zadziałał. Sutek znalazł się dokładnie w tym miejscu mojego ciała, w które miał uderzyć pocisk, odbijając nabój. Od tego czasu jako zamaskowany bezlitośnie mściciel zwalczam przestępczość w mieście. Kule się mnie nie imają, jestem w stanie odbić serię z karabinu maszynowego. Stałem się Iron Nipplem.

Aha, Znalazłem też dziewczynę. Pomaga mi czasem pod pseudonimem „NieChcecieWiedzieć”.

Popłuczyny po porzygu

W zeszłe wakacje pracowałem we Francji w obozie dla polskich pracowników. Pewnie słyszeliście o takich w TV. Traktowanie ludzi jak niewolników, kiepskie warunki, wyzysk i konieczność kontaktów z francuzami. Któregoś dnia, nasz nadzorca o wdzięcznej ksywie Dziadu i takiejż aparycji rzucił na stół jakieś napuchłe buły z czekoladą oznajmiając Żryjcie te gówna.

                Cztery tygodnie temu jadąc autem w radiu akurat puszczali dwa utwory o relacji rodzic-dziecko. Tak jak piosenka Nosowskiej jeszcze trzymała fason, tak sentymentalny raper śpiewający ze smutkiem że też będzie krzyczał na synka był całkowicie niestrawny. Wcale mi się żal tego dzieciaka nie zrobiło.

                Trzy tygodnie temu, znów w radu, znów w samochodzie Grzegorz i Patrycja Markowscy odkryli że jako ojca i córkę coś ich łączy. Tak koniunkturalnego ścierwa dawno nie słyszałem.

                Dwa tygodnie temu byłem na koncercie z okazji zaliczania jakiegoś egzaminu w szkole muzycznej przez moją daleką krewną. Fajnie dziewczyna grała, ale napuszenie jakie temu towarzyszyło było nie do zniesienia. Mam takiego znajomego, księdza. Nikt nie potrafi smarkać z taką nonszalancją. W najbardziej nawet podniosłym momencie potrafi wyciągnąć chusteczkę, rozwinąć ją jednym zręcznym ruchem ręki i wydać z siebie dźwięk, jakby się słoń zaciął rozporkiem. Szkoda że nie było go podczas tego występu. Siedziałbym wtedy obok, w całkowitej konsternacji wywołanej wydmuchaniem przez niego nosa i pęczniał z dumy myśląc „To mój kolega tak ładnie popsuł wam zabawę”.

                Tydzień temu głośno było o wystawie w Toruniu. Środowiska Chrześcijańskie oprotestowały jakąś satanistkę za to że wycina sobie pentagramy na ciele. Mnie bardziej poruszyła pewna „instalacja”. Otóż w drzwiach, po obu stronach framugi stali goły facet i baba. Odwiedzający przybytek musieli się przeciskać między nimi, co wywołać miało poczucie zażenowania. W obecnej wersji, ze względu na to poczucie, drzwi z golasami ustawiono gdzieś z boku.

 Problem ze współczesną sztuką jest taki, że zakłada ona iż wszystko zostało już kiedyś powiedziana, a mimo to, bądź właśnie przez to skupia się na poszukiwaniu nowych form wyrazu. Poszukiwanie formy, stało się wytłumaczeniem dla braku treści. Patrząc na wydarzenia artystyczne można się natknąć na całą kupę nadętych pajaców twierdzących że nic nie jest w stanie przedstawić ich wrażliwości bardziej, niż instalacja doniczki w pisuarze, bądź performance polegający na wepchnięciu sobie melona do ucha. Mnogość możliwych interpretacji takiego „dzieła” ma zapełnić pustotę tego czym jest ono w istocie. Cała sytuacja przypominałaby tę z bajki „Nowe szaty cesarza”, jednakże zamiast prostolinijnego dziecka, tu mamy do czynienia z napuszonym krytykiem, który dostaje erekcji na myśl że artysta prowadzi inteligentną grę z widzem, który w finale sam już nie wie co jest rzeczywiste a co pozostaje kreacją. Bezmyślność uświęcana przez bełkot.

                Środowiska artystyczne zostały zmonopolizowane przez lewicę, święcie przekonaną o tym, że przez wzgląd na swoją wrażliwość społeczną, jest ona jakoś szczególnie predestynowana. Gdy taki artysta przystępuje już do realizacji swego dzieła, z bólem musi dokonywać odkrycia, że wrażliwy być może jest, ale przede wszystkim na własną krzywdę, ewentualnie na postulaty głoszone przez jego środowisko. Zmuszony jest zatem do poszukiwania takiej formy wyrazu, która ukryłaby, że tworzona przez niego sztuka nie ma żadnych wartości uniwersalnych, a jest jedynie afirmacją egoizmu.  W tak pojmowanej sztuce, tylko inny egoista jest w stanie dostrzec coś, co może wydawać się pięknem. W konsekwencji czego środowiska związane ze sztuką coraz bardziej zamykają się w hermetycznej bańce samolubów, wazeliniarzy i snobów.

                Dante, Bach czy Herman Melville, Orson Welles przecież również zetknęli się z problemem poszukiwania formy. Również oni mieli świadomość że odnoszą się do motywów które przewijały się w dziełach wcześniejszych twórców.  Z jakiś jednak powodów ich dzieła poruszały nie tylko zamkniętą kastę, rzekomo bardziej wrażliwych ludzi. Z perspektywy takiego porównania widać wyraźnie, że ktoś tu pomylił wrażliwość z rzewnością. Różnica jest taka, że ta pierwsza, mimo iż wewnętrznie dana artyście skierowana jest na innych, zaś ta druga od innych człowieka oddala. Współczesny artysta, podobnie jak klasyk posiada indywidualne przeżycia, jednak ten pierwszy zachowuje je dla siebie, nic za ich pomocą nie wnosi dla ludzi. Zapraszając kogoś do swego wnętrza, pokazuje mu co tam jest, jak anatom, po czym wypluwa z niczym. Kiedyś widz był dupą a sztuka papierem toaletowym, dziś rolę się odwróciły.

                Dochodzimy zatem do sytuacji, kiedy można, pozostając w głównym nurcie słuchać rodziny Markowskich, kalać się współczesną sztuką bądź wysłuchiwać napuszonych emerytów kontemplujących już nawet nie tyle klasyków, co kurz którym ich dzieła obrastają. Albo zamknąć się w domu ze starą książką. Do wczoraj najciekawsza wydawała mi się ta czwarta opcja.

                Dziś byłem w kinie na najnowszym filmie Clinta Eastwooda. Fajnie że jesteś Clint.

Homo-Ksiądz

Ludzie nie mają już przekonań. Udało się. Po latach wojen światopoglądowych, nie zostało już nic, w co można by uwierzyć. Ostały się tylko emocje. Przyzwyczajenia do pewnych zachowań zakorzenionych przez poprzednie pokolenia. Zalewają nas kolejne fale, świętego oburzenia nihilistów, napędzane odruchem Pawłowa. Tak działa telewizja, prasa, internet. Jedyne na czym zależy współczesnemu człowiekowi to święty spokój. Brak problemów. Nie rusza nas więc coś co godziłoby w nasze przekonania, których wszak nie mamy, ale to co nas z tego spokoju wyrywa. To może być cokolwiek. Globalne ocieplenie, terroryzm, pedofilia, zagrożone wyginięciem gatunki zwierząt, roślin i grzybów, plastik, gluten, cyjanowodór, substancje smoliste, prowitamina B5. Wystarczy tylko o tym powiedzieć odpowiedni sposób. Dzwonek – ślina.

                Jednocześnie jesteśmy gotowi łyknąć każdą bzdurę, która miałaby święty spokój zapewnić. Wystarczy tylko odpowiednio długo urabiać. Nawet jeśli to co nas obrusza i uspokaja w zasadzie różni się tylko organizacją która za tym stoi.

                Po drugiej wojnie światowej daliśmy sobie wmówić że każdy fundamentalizm jest rzeczą wstrętną. Skutkiem tego było wyrugowanie wszelkich fundamentów na jakich opierała się nasza cywilizacja. Wszystko podlega dekonstrukcji. Człowiek staje się glutem.

                Przykładowo kiedyś komuniści zajmowali się wyrównywaniem poziomu życia członków społeczeństwa. Już pal licho metody. Była w tym jakaś idea. Co się z nimi stało? Zostali zastąpieni przez lewicę światopoglądową. Byt skurwiony jak klacz rozpłodowa. Rozmowa przebiegała mniej więcej tak:

Komunista: – Chcemy równych szans, zlikwidowania wyzysku i praw człowieka.

Grubas: – Chcę żreć

K: – Musisz się podzielić z innymi. Nauczyć wrażliwości

G: – Więc wy tacy wrażliwi? To mnie nauczcie.

K: – Musisz dostrzegać potrzeby innych.

G: – Co mi z dostrzegania, jak nie będę miał środków dla zaspokojenia tych potrzeb?

K: – Potrzeba jest redystrybucji dóbr!

G: – Kto miałby się tym zająć?      

K: – My!

G: – Znacie się na tym?

K: – Nie.

G: – W takim razie mnie przekonaliście. Od dziś zostaję komunistą. Musicie mi tylko pomóc mi przejąć wszystkie dobra, a ja już je rozdam po równo.

K: – Ale ty nie jesteś wrażliwy!

G: -Jestem.

K: – Udowodnij!

G: – Tam, gej płacze! Tam, drzewko usycha! Zajmijcie się tym, a ja jako doświadczony zajmę się redystrybucją dóbr.

K: – Dobra. (odchodząc) Ten Grubas to jednak spoko jest.

Kurtyna.

                Człowiek sam z siebie nie jest w stanie wypracować sobie wartości. Pojawiają się one dopiero w interakcji z innymi. Naturalnym miejscem gdzie mogą być przekazywane jest rodzina. Mimo powolnego odchodzenia od modelu tradycyjnego domu, cały czas pozostaje ona podstawową komórką społeczną. Nie wszyscy jednak łapią się do tego modelu. Wyszczególnić należy tu kler oraz tak zwaną społeczność LGBT+, ze względu na to, że główny przekaz medialny skierowany jest właśnie do rodziny, w stosunku do tych dwóch kast. W zależności od aktualnych trendów, ze względu właśnie na swoiste odseparowanie od reszty narodu, mogą one stać na pozycji uprzywilejowanej bądź pełnić funkcję kozła ofiarnego. Wbrew pierwotnym postulatom, ciężko jest ich po prostu tolerować, gdyż przez swoją odmienność wywołują silniejsze emocje.

                Różnica między etyką a etologią polega na tym, że ta pierwsza wskazuje na pewien ideał według którego ludzie powinni żyć, druga jedynie opisuje jak żyją. Przy braku fundamentów, na których można by oprzeć swoją egzystencję, odnosząc się jedynie do tego jak jest, ludzi wyznaczających sobie ideały do których chcą dążyć, bardzo łatwo jest nazwać hipokrytami. Skoro z miliona równorzędnych celów, znajdujących się w zasięgu ręki ktoś decyduje się na ściganie nieosiągalnego, z perspektywy etologii jest kłamcą. W świecie nieskończenie wielu prawd.

                Jeżeli jednak wartości istnieją realnie, wszystkie postawy stojące z nimi w sprzeczności są kłamstwem. Etologia jest Matrixem. Więcej, jeśli człowiek jest w stanie odróżniać dobro od zła, wszyscy jesteśmy hipokrytami.

                Lądując, różnica w odmienności ( od reszty społeczeństwa) między klerem a LGBT+ , polega właśnie na tym, że jedni są kapłanami etyki, drudzy etologii. Tyle jeśli chodzi o idee. W praktyce oczywiście, jak wszędzie, tak i wśród przedstawicieli obu tych grup znajdują się karierowicze, cynicy, ludzie złamani oraz pożyteczni idioci.

                Ostatnio media żyją dwoma kwestiami – kartą LGBT+ oraz pedofilią w kościele. Jak pisałem na początku, cała otoczka to czyste emocje. Zero merytoryki. Rację ma Rabiej, twierdząc że odpowiednie urabianie społeczeństwa, sprawi że negatywne nastawienie rodziców co do zajęć praktyczno-technicznych z panią od seksu osłabną, jeśli się je będzie wdrażać stopniowo. Sytuacja już teraz dojrzała do tego że Biedroń bez żenady zamiast oburzenia zaprasza go po tej wypowiedzi pod swoje skrzydła. Lider Wiosny – ugrupowania którego alegorią jest psia kupa na trawie – w zasadzie otwarcie przyznaje że jest nie tylko za nieheteronormatywnymi małżeństwami, adopcją, lecz również za edukacją seksualną. Rozumiem że również za edukacją seksualną dzieci adoptowanych przez przybranych homoseksualnych rodziców. W świecie etologii mogłoby to nawet nieźle funkcjonować. Pytanie tylko skąd jego oburzenie na księdza, który edukował ministranta?

                Owszem, ów ksiądz postąpił źle w świecie uznawanym przez niego, ale przecież nie w świecie uznawanym przez Bierdonia. Przecież niezgodność zachowania z socjologicznie pojmowaną normą nie może być podstawą do oceny. Chyba że jedynym wyznacznikiem pedofilii jest brak oswojenia dziecka z napastnikiem.

                Ale nawet w takiej sytuacji należy pamiętać, że większość przypadków molestowania przez księży ma miejsce na chłopcach. Jeśli więc oceniać kościół jako instytucje, której przedstawiciele dopuszczają się tych aktów, do odpowiedzialności należy również pociągać stowarzyszenia LGBT+. Biorąc pod uwagę siłę emocji z jaką ci ostatni reagują, myślę nie będą mieli nic przeciwko temu jeśli się wprowadzi podział – kościół płaci za heteroseksualnie molestowane dzieci, LGBT+ za akty homoseksualne.

Jest git

Ostatnio odwiedziłem kumpla w więzieniu. Jak zawsze widząc płot odczułem lekki dreszcz. Jak można mieszkać w takim miejscu? No tak, ale przecież znalazł się tam na własne życzenie. Na bramie przywitał mnie klawisz. Standardowe pytania – cel wizyty, czas pobytu etc.. Fumfel dostał całkiem niezłą celę. Jednoosobowa, z kuchnią i łazienką. Z okna widok na spacerniak. Akurat jakiś sąsiad wyszedł z psem na przechadzkę. W końcu nie wytrzymałem. Pytam się go:

– Stary, po co to wszystko? Przecież nie napadłeś na sklep jubilerski.

– A, bo wiesz– ten odpowiada– na poprzednim osiedlu kręciło się za dużo bezdomnych. Grzebali w śmieciach, żebrali.

Po wyjściu z jego mieszkania, w parkingu podziemnym znalazłem zastawiony samochód i karteczkę za wycieraczką, informującą że zająłem czyjeś miejsce parkingowe i że ta osoba zna na to odpowiedni paragraf. Oczywiście – parking numerowany, tak żeby nikomu nie przyszło nawet do głowy zaprosić znajomych.

W „Grze o tron” Dothrakowie wierzyli, że któregoś dnia jakaś magiczna trawa zaleje cały świat zabijając wszelki życie. W Afryce plemiona nomadów żyjące w pobliżu Sahary wierzą, że pustynia zrobi to samo, jako że się rozrasta. Nic że wędrują ze stadami, które zjadają roślinność wokół pustkowi. Ludzie z facebooka uważają, że zgubią nas plastikowe śmieci. Sam do niedawna uważałem, że to drobnomieszczaśtwo zaleje świat. W końcu nawet jeśli śmieci wyniesiemy na Saharę, dalej będą wymyślać sztuczne problemy.

Wydaje się jednak że i ta plaga nas nie zniszczy. Fakt, że mój kolega odgrodził się od bezdomnego wielkim płotem i postawił na straży byłego SB-ka bez nogi, nie sprawił przecież że bezdomny zniknął. Dopóki będą zatem istnieć ludzie z prawdziwymi problemami, od których można się separować, żeby móc skupić się na swojej wrażliwości na cierpienia zwierząt czy planety, dopóty mentalna klasa średnia nas nie musi wchłonąć. Mimo medialnych doniesień o jej rozroście. Ponadto rozrost ten jest wprost proporcjonalny do jej zubożenia.

Kiedyś filmy się kręciło o ludziach zamożnych. Merlin Monroe paradowała pod rękę z Audrey Hepburn po pięknym salonie w szykownej kreacji, a w drugim końcu sali Clark Gable poprawiał sobie muszkę. Odbiorca takiego filmu miał podkładany pod nos ideał do którego miał dążyć. Ameryka rosła w siłę. Dziś pokazuje się drwala na Alasce który łata kran taśmą klejącą zrobioną z papieru toaletowego i potu bobra. Oto wzór do naśladowania dla współczesnego mieszczucha. Tak jakby chciano narzucić nam pogodzenie się z obniżeniem standardu życia. Wymusić regres.

Tym co państwa narodowe wniosły w rozwój ludzkości, nie było jedynie oddanie prawa głosu wszystkim obywatelom. Znacznie ważniejsze było wprowadzenie poczucia współodpowiedzialności za drugiego człowieka, jak i społeczeństwo jako takie. Powszechna edukacja, zerwanie z egalitarnym modelem, wiara w możliwości intelektualne i moralne ludzi niższego stanu, wyplenienie analfabetyzmu, system emerytalny. Wszystkie te cechy Państw narodowych były wynikiem raczej Heglowskiej ewolucji niż rewolucji marksistowskiej. Jest to o tyle ważne, że ta druga zastała ludzi nieprzygotowanych. Nie rozumiejących podstawy swojego nagłego wyniesienia. W pierwszym etapie – heglowskim, dawne elity dobrowolnie podzieliły się wiedzą, wpływami i pieniądzem z resztą społeczeństwa. W drugim – marksistowskim, reszta społeczeństwa zauważyła że wciąż nie ma równowagi i postanowiła wydrzeć, to co mogło być tylko dobrowolnie ofiarowane. Skutkiem tego, powstały nowe elity, tym razem nie gotowe dzielić się swoimi dobrami. Nie rozumiejące powodów, dlaczego miałyby to czynić. Swoje poczucie wyższości moralnej czerpiąc ze średniowiecza, ale pozbawione kodeksu moralnego, który mógłby nad tym poczuciem zapanować.

Nie mnie osądzać, czy rozwój technologii sprawi, że ludzie nie będą musieli pracować. Nie wydaje mi się jednak, żeby miał sprawić żeby możliwej do wykonania pracy zabrakło dla wszystkich ludzi. Wprowadzenie dochodu gwarantowanego, już dziś wdrażane w jednych, a postulowane w innych krajach świata, nie niesie za sobą żadnego dobra dla ludzi. Daje natomiast pretekst do powrotu społeczeństwa klasowego. Do modelu, w którym jedni ludzie z powodu wykonywanej pracy, a w dalszych pokoleniach pewnie i z racji urodzenia, mogą czuć się lepsi. To w prostej linii może dać legitymację do stanowienia prawa, porządku, norm społecznych i egzekucji tychże. Na nowo wprowadzając podział na Pana i niewolnika. Zrównując mnie, mojego kumpla i bezdomnego, od którego tak się odgradzał. Nawet nie będzie problemu gdzie tych na nowo zniewolonych ludzi umieścić. Sami budujemy sobie więzienia.

Dlaczego nie jestem feministą

Sto lat temu w jakiejś knajpie rozmawiałem sobie z jakąś laską. Miałem na sobie skórzaną kurtkę, ona bluzkę z dekoltem. Mówi do mnie:

– Fajna skóra. Poszerza Cię w klacie.

– Fajna bluzka – odpowiadam z lekka już napruty– poszerza Cię w klacie.

Dziewczę obruszone takim postawieniem sprawy, pyta się mnie:

-Ty chyba nie jesteś szowinistą?

Z trudem łapiąc pion odpowiadam:

-Jestem.

Błyskawicznie zrobiła ustami „fff” , odwróciła się na pięcie i znikła w tłumie. Nawet nie zdążyłem dopowiedzieć, że zasadniczo faworyzuję kobiety. Są zwyczajnie ciekawsze. Bardziej nieokreślone, inne. Facet może zaskoczyć tylko na cztery sposoby: powiedzieć coś mądrego, głupiego, śmiesznego lub żenującego. Wszelka tkliwość podpada tu pod żenadę. U kobiet tych zachowań jest znacznie więcej. Mogą na przykład niespodziewanie przerwać rozmowę. Ale feministą nie jestem z kilku powodów.

Po pierwsze nie podoba mi się związek feministek ze środowiskiem LGBT+. Tak jak jeszcze było LGB, byłem tolerancyjny. Jak Cię mogę. Ale T to już nie lubię. Dwieście lat temu moja Mama, chcąc się realizować jako wisażystka przebrała mnie za dziewczynkę na bal przebierańców. A chciałem za pirata. Wszystkie chłopaki były rycerzami, karatekami, wikingami i batmanami. Bili się na te swoje papierowe mieczyki, biegali, a mi tren sukni przeszkadzał i miałem okres. Więc na T mam awersję, nic nie poradzę. Ale mówią mi że jak LGB to i T i +. Nie mogę sobie wybierać. I w zasadzie nikt nie wie co to jest ten +, bo szefostwo może się jeszcze z kimś dogadać i wtedy ich też musisz lubić. Z, P, N, co tam chcą sobie mogą dopisać w kolejnej linijce i nikt nie zauważy, a nawet jeśli, to przecież dla jednej literki nie zrezygnuje z reszty alfabetu. Więc ja skoro nie lubię T, to z przymusu odrzucam i LGB i +. Ktoś mógłby powiedzieć że nie mogę sobie ot, tak wybierać co chcę tolerować. Ale ktoś inny jednak wybiera i wpisuje te kolejne literki.

Po drugie, choć pewnie źle to okazuję, jednak szanuję moją Mamę czy siostrę. Mama ma 11, a siostra 4 dzieci. A feministki mówią, że to źle. Że kariera. Sto milionów spinaczy czeka na sprzedawcę, trzeba się realizować, a nie tylko w pieluchach siedzą. No więc ja tej realizacji nie widzę. Owszem, jeszcze jak gruba Wellman w telewizji mówi, że dziewczyny mają rzucić gary, to brzmi wiarygodnie. Ma sofę. Dość dużą, wygodną sofę. I przychodzą do niej w gości, ktoś tam jej pisze względnie ciekawe tematy do rozmów, to się kobieta realizuje. A na mnie przykładowo, w pracy krzyczą. Klienci na mnie krzyczą, podwykonawcy, inwestorzy i szef. Ten to już w ogóle lubi krzyczeć. Więc jak mnie siorka poprosi żebym się zajął jej dziećmi to sobie myślę: „Nie chce mi się, ale fajne ma te dzieciaki”. A jak rano mam iść do pracy to sobie myślę: „Nie chce mi się, zaraz się porzygam”. I sobie tak myślę, że więcej jest prac w których się chce porzygać niż tych z dużą sofą. Zatem, wszystko byłoby spoko, gdyby nie parytety. Gdyby kobiet na siłę nie wypychano do korpokołchozów gdzie samorealizacja to bujda na resorach. Do cholernych urzędów, gdzie cały dzień wypełnia się jedną tabelkę milion razy, jak małpa w piekle. Dzieci zaskakują na każdym kroku. Są nieprzewidywalne, w przeciwieństwie do tabelki w Exelu. Jedno co taka tabelka gwarantuje to stabilność i względnie święty spokój. Feministki domagając się świętego spokoju dla siebie, parytetami zabierają samorealizację matkom.

Po trzecie, mając dziesiątkę rodzeństwa, musiałbym ich nienawidzić gdybym popierał aborcję. Tak po prostu. Sam jestem drugi, więc luz, ale powiedzieć do mojego jedenastego brata że skrobanki są spoko, to jak powiedzieć do Żyda że Holocaust był dobry.

Po czwarte wreszcie, nie lubię języka feminizmu. Miesza mi się trochę od niego w głowie. No bo jeśli się mówi o często pięknych i fascynujących cechach kobiecości w kontekście walki z patriarchatem, brzmi to jakby statystyczny facet się chwalił, że potrafi przypierdolić statystycznej kobiecie. To są dwie sfery, których nie powinno się mieszać, bo zawsze jedna będzie brukała drugą. Faceci kochają kobiety za ich wrażliwość, emocjonalność, subtelność i nieznany nam miękki rodzaj siły. Ale jeśli mówi się o tych różnicach, w kontekście walki płci, coś co miało pociągać, zaczyna dzielić. W odniesieniu do takiego języka facet może stać się albo mizoginem, albo pantoflem. Mężczyźni określający się jako feminiści wybrali tą drugą opcję. Ja pantoflem być nie potrafię, ale za bardzo podziwiam kobiety, by zostać mizoginem. Zatem stoję na tym parkiecie sam, patrząc jak laska niknie w tłumie, bez słowa.

Od przedszkola do Opola

Fizykę w liceum miałem jeden raz w tygodniu na pierwszej lekcji. W poniedziałek. W wyniku takiej perfidii wyrobiłem sobie zwyczaj nie uczęszczania na nią. W ostatniej klasie w przeciągu całego roku pojawiłem się na niej tylko dwa razy – na pierwszych i ostatnich zajęciach. Mimo to jakimś cudem udało mi się zaliczyć rok. Chcecie wiedzieć jak?

Na pierwszej lekcji nawet sporządziłem notatki. Na ostatniej miałem zaliczenie z całego roku. Poziom nie był wysoki, a nauczycielce się nie chciało, więc zadała nam tylko trzy pytania. Odpowiedź na pierwsze z nich jakimś cudem znalazło się w moich notatkach. Na drugie nie odpowiedziałem, trzecie kazała wymyślić sobie samemu. Wyedukowany filmami i grami postapo, napisałem do czego służy licznik Gaigera-Millera. Kumpel, mniej wyedukowany kazał sobie podać nazwiska jego twórców . Obaj dostaliśmy zaliczenie.

                Jak przystało na ignoranta z liceum wyniosłem więc nieufność do fizyki Newtonowskiej. Doskonałość z jaką opisuje rzeczywistość wydawała mi się wręcz prymitywna. Nazbyt modelowa. Nie pozostawiająca miejsca ani na Boga ani na wątpliwości. Świat stał się zbyt mocno dookreślony, zbyt mały i zbyt bezpieczny. Szczęśliwie Einstein wprowadził do tego obrazka czarne dziury, paradoks bliźniąt, teleportację, bozony Higgsa, magię, smoki i faceta chodzącego po wodzie. Przywrócił głębię, która w płaskim świecie uchodziła za zabobon. Wreszcie możemy umierać raczej ze strachu przed nieznanym, niż z nudów.

                W poprzednich tekstach zdarzyło mi się już krytykować grawitację i kształt ziemi. Teraz przyszła kolej na zjawisko polaryzacji. Nasilenie jego występowania łączyłbym przede wszystkim z dwoma czynnikami – powstaniem facebooka, oraz grantami za badania na uczelniach wyższych.  Zaczynając od tego pierwszego – wielokrotnie czuję zwyczajnie lekceważony przez Zuckerberga. Nawet nie dla tego, że stara się dopasować mnie na siłę do jakiejś grupy społecznej, ale przez nieudolność z jaką to czyni. Czuję się obrażony tym, że dostrzegam tą segregację. Staram się zatem krzyczeć: „Hej, Mark – tu jestem!! Patrz, polubiłem właśnie Gazetę Wyborczą i Newsweeka, tylko po to żebyś mniej nachalnie zarzucał mnie artykułami z Gazety Polskiej”. Chuja to daje. Mogę sobie klikać że lubię coś, aby otrzymywać powiadomienia, ale jak nie pasuje to do profilu osobowości jaki mam spełniać, choćbym się zesrał nie będę ich dostawał. Tak więc zamyka się ludzi w jakiś klitkach, gdzie wszyscy myślą w identyczny sposób, a jakakolwiek krytyka nie ma prawa się przedrzeć. Panuje przeświadczenie, że wszyscy inteligentni i wartościowi ludzie myślą w ten sam sposób, bo tylko takie wiadomości do nas docierają.

                Jak już pisałem drugim warunkiem środowiskowym nasilenia polaryzacji, są granty, przyznawane za konkretne wyniki badań. Przykładowo, ciężko żeby WWF płaciło za badania wskazujące na przenoszenie wirusów przez pandy, a Niezależny Instytut Badawczy im. Feliksa Dzierżyńskiego badał wpływ lektury Marksa na zaburzenia dysocjacyjne. Raczej należy założyć, że instytucje wspierające jakąś tezę, będą łożyć na jej udowodnienie. Naukowcy, aby zarabiać muszą stać się ideologami, jako że od obronienia założenia, zależeć zaczyna zarówno ich budżet jak i reputacja. Oczywiście, aby uprawiać naukę na odpowiednim poziomie, niezbędne są środki finansowe zapewniające badania. Dochodzi zatem do sytuacji, w której najlepiej uzasadnione i udokumentowane są tezy najlepiej płatne. Oczywiście, aby prowadzić prace pod z góry założone wnioski, łatwo jest dokonywać pewnych uproszczeń, kłamstewek bądź niedomówień. Zakładam że taki badacz wie najlepiej w jakim miejscu się skurwił. Aby zatem chronić swoją pozycję, nie może się powoływać na argumenty stricte naukowe. Zmuszony jest podważyć kompetencje oponentów. Oczywiście przestawiony przykład ma jedynie wskazać na pokusę z jaką muszą się zmagać ludzie nauki i nie jest moim celem podważenie sensu prowadzenia jakichkolwiek badań w dzisiejszych czasach. Chcę jedynie wskazać na to, że środowiska akademickie, kiedyś słynące ze swej otwartości oraz zdolności do podejmowania dialogu, obecnie coraz silniej okopują się przy swoich racjach, zastępując argumenty inwektywami.

                Występuje jeszcze wiele innych przyczyn zaistniałego stanu rzeczy. Wymienić tu można choćby pluralizm mediów, który zamiast zapewnić swobodną dyskusję tylko spotęgował zamykanie się ich odbiorców we własnych środowiskach. Ważny jest również kontekst historyczny, w przypadku Polski zwłaszcza w obrębie zmian władzy oraz okoliczności im towarzyszących. Skutkiem tych wszystkich czynników, jest w zasadzie całkowity zanik debaty społecznej. Owszem, możemy mówić o przedstawieni poszczególnych stanowisk, jednak po ich prezentacji nie ma już żadnej dyskusji. Strony okopały się na swoich pozycjach i żadna z nich nie jest w stanie podjąć próby szukania kompromisu. Cała sytuacja przypomina program Od przedszkola do Opola, gdzie występujące na scenie dzieci oceniane za pomocą tak zwanego oklaskomierza. Wygrywał ten, kto zaprosił do studia większą ilość ciotek, wujków, braci i kuzynów, którzy po występie mieli dać jak najgłośniejszy aplauz.

                Nie ma już znaczenia treść wypowiedzi, lecz zdefiniowanie wypowiadającego się jako swojego lub obcego. Zgadzamy się albo ze wszystkim albo z niczym. Wszelkie myśli odbiegające od jakiś tam standardów chcemy całkowicie wyrugować, jako niepotrzebną komplikację. Ze wszystkich sił starając się patrzeć po Newtonowsku na kwantowy świat. A że nie zapewnia nam to jeszcze świętego spokoju? Cóż, widać musimy stać się jeszcze bardziej prymitywni.